... I want to break your heart.
Gadając z C. doszłam do wniosku, że chciałabym, zeby facet mi sie oświadczył.
Pomińmy niekomfortowy fakt, że najprawdopodobniej natychmiast bym odmówiła, co, gdyby facet mówił poważnie, mogłoby zaboleć.
Do granic możliwości męczę nową mp3, odświeżając przy tym stare kawałki.
Supernatural wyżera mi umysł, arykuły na polskiej stronie również.
Mimo wszystko nie zmieniłam zdania. Nadal swiadomie i podświadomie domeną jest mi 'live fast die young'. To zapewne skrzywienie umysłowe, ale ja nie chcę długiego życia ze stałą pracą dużą rodziną i jeszcze większym domem. Co gorsza będąc szczera nie widzę w tym wpływów popkultury.
Odmiennie od rodzicielki nigdy nie marzyłam o lśniącej tiarze sprzed niemal stu lat, o pięknej białej sukni i przystojnym księciu, który prowadziłby mnie do ołtarza. Przez krótki czas gdy bawiłam się zestawem Barbie, Ken, domek i samochód, ktoś ginął w każdym sposób poza naturalnym. I zazwyczaj to była Barbie, bo nie cierpiałam tego platynowego blondu. Kiedy miałam pięć lat bawiłam się nożami dziadka.
Nigdy nie potrafiłam bawić się w dom. W przedszkolu po pewnym czasie koleżanki miały mnie dosyć, bo jedyne moje zabawy to był szpital i Power Rangers. Jakoś mnie to nie załamało. Zamiast zmienić nastawienie i przesiadywać w "kąciku fryzjerskim" przeniosłam się do kącika kolegi, zbudowałam z nim rewolwery z klocków i grałam w policjantów i złodzieji.
Nie jestem standardowa. Nie przeszkadza mi to. Po prostu wolę nie pokazywać, że gdzieś pod wodą bardzo chciałabym założyć obsiłą czarna sukienkę, niebotyczne szpilki znaleźć faceta. Pozorny problem tkwi tylko w tym, że nigdy na dłużej.
Nie naciagam faktów. Mój najdłuższy "związek" trwał dwa miesiące. Relacja ta opierała się na wspólnym wchodzenia na drzewa i strzelaniu z hukowej, plastikowej wiatrówki. Serio, było fajnie. A teraz najciekawsza część w każdym romansie. Nie było żadnych problemów, a ja tak po prostu znalazłam sobie innego. Jestem zdzirą prawda? Prosze, można mnie tak nazywać, nie rusza mnie to. W tym miejscu w harlequinach zaczyna się szczęśliwe zakończenie. Życie nie jest romansem. Straciłam dwóch na raz, bo oczywiście "zdrada" się wydała. Nie płakałam, nie błagałam o drugą szansę, nie tłumaczyłam się i nie przyznawałam do błędu. Żyłam dalej.
I nadal żyję. W ten sam sposób. Od sześciu lat cadal chcę wyprowadzic się od mamy, a gdyby przypadkiem kupiła mi mieszkanie w ramach lokaty kapitału... Niestety kapitał nie poleży zbyt długo, bo już uprzedziłam, że za każde pieniądze jakie dostanę tudzież zarobię (żadnego rozdawania ulotek, w tym mieście jest wiele barów, które potrzebują kogoś za ladą i puszczaja naprawdę fajną muzykę) kupię samochód. Nawet jeśli potem, bede bezdomna i zamieszkam na tylnym siedzeniu wozu.
Nie czepiajmy sie szczegółów, które chciała mi wytknąć C.
Za 15 minut ta notka wyda mi się infantylna, głupia, niedorzeczna. Proszę, niech ktoś mi przypomni, że ten tekst to część mnie i choćby był naprawdę na poziomie inteligencji Edwarda Cullena, nie mogę go uzunąć albo zmienić, bo to byłby uszczerbek na mojej osobie.
Jeszcze jedna sprawa. Zamierzam prowadzić tego bloga dopóki nie osiągnę celów, ktore sobie wyznaczyłam. Jeśli kiedyś notki nagle sie urwą to znaczy, że jestem naprawde uparta. Albo nie żyję.